Jakiś czas temu moja relana parafia gościła Krzyż, który sługa Boży Jan Paweł II trzymał w ręcach podczas swej ostatniej, wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej, na osiem dni przed śmiercią.
Stał wystawiony na stoliku w prezbiterium, na dodatkowej drewnianej podstawce, pomiędzy dwoma palącymi się świecami. Stał Krzyż, a z tego Krzyża patrzył na ludzi Jezus. Patrzył, ale jego wzrok był wtedy wyjątkowo smutny. Smutny bo był daleko od nich. Nikt nie chce cierpieć sam, on też. W Wielki Piątek nie był sam, przy jego Krzyżu stały Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. A dziś? Czemu dziś wolimy krzyż tylko oglądać, wolimy by pozostał tylko symbolem. Jezus nie potrzebuje naszego współczucia i podziwu, on potrzebuję byśmy jak Szymon Cyrenejczyk pomogli nieść mu Krzyż, by jak owe niewiasty towarzyszyć mu przez całą mękę, jak Weronika otrzeć mu twarz z potu. On napewno zostawi swe odbicie.
Naoczny świadek wspomnianej wcześniej Drogi Krzyżowej papieża Polaka mówił że to nie papież trzymał Krzyż, lecz to Krzyż dźwigał papieża. Nas także Krzyż może podźwignąć gdy będziemy tego potrzebowali, ale musimy o nim pamiętać na codzień i codziennie brać Go na swoje ramiona.
Choć byśmy przemierzyli wszystkie glaktyki wszechświata, tam bram nieba nie znajdziemy, bo bramy nieba są tu na Ziemi - w Krzyżu.